Zibi Szlufcik, czyli szef Challenge Family często powtarza, że triathlon to nie sport, tylko styl życia. Triathlon bez wątpienia nie jest dyscypliną łatwą do uprawiania, wymaga poświęcenia, dobrego zarządzania czasem i wyrzeczeń. Jak podkreślają jednak osoby, które stanęły na starcie LOTTO Challenge 2022 w Gdańsku, a następnie przekroczyły linię mety, triathlon również bardzo dużo daje. A pływanie, jazda na rowerze i bieganie podczas zawodów potrafi zjednoczyć we wspólnej pasji osoby na co dzień wywodzące się z zupełnie innych światów. Posłuchajmy co mają do powiedzenia uczestnicy weekendowych zmagań.

Piotr Gawecki, kategoria M50: Triathlon to moje hobby. Forma walki, sprawdzenia samego siebie. Wyzwanie. Niełatwo jest być triathlonistą-amatorem. Trzeba to pogodzić z pracą, rodziną, wiekiem. PESEL jest już taki dość zniszczony. Bywa ciężko. Trzeba być dobrze zorganizowanym i mieć sportowe zacięcie. Ważne jest też wsparcie rodziny. W zamian otrzymujemy adrenalinę. Na przykład teraz czuję się bardzo zmęczony, ale szczęśliwy, że udało mi się skończyć. Startuję w „połówce” w Gdańsku i Gdyni, w sezonie jeszcze zrobię zawsze dodatkowo jakąś „ćwiartkę” i 1/8. Przygotowuję się cały rok, sportowy tryb życia trzeba prowadzić. Poza triathlonem zarządzam firmą, która zajmuje się produkcją rolniczą.

 

Joanna Drop, kategoria K55: Żeby wystartować w takich zawodach trzeba poświęcić dużo czasu, energii i finansów. Trzeba mieć też wyrozumiałego męża, który chce dzielić tą pasję, mimo, że mu się to w ogóle nie podoba (stojący obok mąż, Krzysztof Drop, który również ukończył dystans średni Challenge Gdańsk 2022 z uśmiechem pokiwał głową – przypis) i jeszcze zdrowie do tego. Żeby nie przesadzić, żeby sobie krzywdy nie zrobić. Szczególnie, gdy już nie jest się młodzieniaszkiem. W zamian zyskuje się dużo energii i poczucie, że robi się coś, co nie każdy może robić. Poza tym emocje związane ze startami i rywalizacją. To także taki power, żeby mieć życie uporządkowane i potrafić znaleźć czas na wszystko. To oczywiście kwestia ustalenia priorytetów. Z niektórych rzeczy się rezygnuje, na pewno łatwiej jest, kiedy już dzieci wyjdą z domu, kiedy związanych z tym obowiązków jest mniej, a praca nie jest bardzo absorbująca i można czasami rano wyskoczyć na trening. To na pewno wszystko kwestia takiej organizacji i uporządkowania, a jednocześnie przyjemności. Ja mam za sobą takie porządnie przepracowane pół roku przed startem, można co prawda zrobić to inaczej „umierając” po drodze, ale to nie o to chodzi. Teraz staram się nieco ograniczać starty, co trzy tygodnie, nie częściej, bo to jednak jest wysiłek ekstremalny, szczególnie na „połówce”. Nie można przesadzić.

 

Dariusz Drapella, kategoria M65: Triathlon to pasja i kuracja odmładzająca. Pierwszy mój start zrobiłem praktycznie bez przygotowania, z marszu, ale nie powinienem być z tego powodu stawiany jako przykład. Wiedziałem, że przepłynę 1900 metrów, bo kiedyś pływałem wyczynowo, wiedziałem, że przejadę 90 kilometrów na rowerze spokojnie, ale nie wiedziałem, ile sił mi zostanie na półmaraton, ani czym jest limit 8 godzin. Udało mi się to zrobić w 6 godzin, co jest dobrym wynikiem, więc pomyślałem sobie „chłopie, naucz się biegać, to coś z tego będzie” no i było. Jest. Oczywiście żartuję, nie było tak, że wstałem z kanapy, całe życie byłem aktywny, byłem instruktorem narciarstwa i pływania, jeżdżę turystycznie na rowerze, chociaż zdarzały się też bardziej wyczynowe rajdy na orientację. Radzę przygotowywać się systematycznie, małymi kroczkami, najlepiej pod okiem profesjonalnego trenera. Trzeba znać i słuchać swój organizm, obserwować i odpowiednio dozować jednostki treningowe. Najlepiej układać to jeszcze pod plan startowy i poziom wytrenowania. Oficjalnie jestem emerytem, ale żeby uzbierać na wyjazd na zawody triathlonowe na Hawaje, założyłem firmę, cały czas szukam też sponsorów, może przypadkiem jakiś się znajdzie.

 

Anette Gersch (Niemcy), kategoria K55: Przyjechałam tutaj z mężem (Thorsten Gersch, kategoria M50 – przypis) z Niemiec, z Berlina. On startował wczoraj na dystansie olimpijskim, a ja dziś na dystansie średnim. Przygotowywaliśmy się bardzo solidnie, trenowaliśmy bardzo ciężko, przez ostatnie 10 tygodni to było po 6 dni w tygodniu. Wychodziło ponad 10 godzin tygodniowo, a nawet więcej. Ale staraliśmy się też z niczego nie rezygnować, spotykaliśmy się z przyjaciółmi, celebrowaliśmy uroczystości rodzinne, chodziliśmy na imprezy, czasem nawet piliśmy alkohol (śmiech) i jedliśmy słodycze. A wczoraj naszemu synowi urodziły się bliźnięta, więc dziś mamy podwójny powód do świętowania, nie tylko ukończenie triathlonu. Na co dzień jesteśmy pracownikami biurowymi.

 

Paulina Zaborowska, kategoria K25: Przygotowania do zawodów to przede wszystkim kwestia dobrej organizacji. Wiadomo, trzeba wcześnie wstawać na pływanie, a gdzieś między pracą zmieścić jeszcze rower i bieganie, natomiast jeśli się chce, to można to zrobić. Ale nie jest to coś łatwego. Ja na początku tygodnia siadam do planera i kiedy wiem, co mam do zrobienia w danym tygodniu, staram się tak poukładać te klocki, żeby to wszystko grało. Trzeba chcieć i mieć motywację. W zamian zyskujemy ogromną satysfakcję i endorfiny na poziomie tysiąc (śmiech). Wydaje mi się, że to daje też spełnienie, bo spełniamy swoje marzenia, walczymy o życiówki, a z każdym krokiem stajemy się lepszą wersją samych siebie. Długość przygotowań do „połówki” zależy od poziomu wytrenowania, sądzę, że jeśli ktoś jeszcze nigdy nie startował w triathlonie, to rok, dwa lata porządnych treningów powinien poświęcić. Jeśli natomiast mamy już na koncie starty na krótszych dystansach, ten rok na pewno wystarczy. Moja praca jest związana ze sportem, bo jestem trenerem personalnym, więc sport to nie tylko moja pasja, ale i praca.

 

Krzysztof Suchorz, kategoria M50: Jeśli chodzi o połówkę, to jest wyzwanie, ale także wielka radość, wielka przyjemność, odczuwanie każdego momentu i tego zbliżania się do mety. Po prostu lubię się tak „złachać”, do bólu. Do startu trzeba się przygotować. Trenować, trenować, trenować. Ja pierwsze dwie połówki zrobiłem bez trenera, więc da radę zrobić to hobbystycznie, biegając z psem po lesie, ale trzeba to zrobić na tyle świadomie, żeby nie zrobić sobie krzywdy. Trzeba mieć poukładane i zbilansowane różne sfery życia: rodzina, praca, hobby, bo inaczej nie da rady. Inaczej inne rzeczy się zawala, a jeśli triathlon traktujemy jak hobby, to zawalamy pracę albo rodzinę, a to raczej nie jest zdrowe. Także nie można do tego podchodzić aż tak poważnie, chyba że ktoś to robi profesjonalnie. Ja na co dzień jestem osobą zarządzającą w dość sporej firmie, 1600 osób w całej Polsce. Triathlon daje nam pewność i znajomość siebie, dużo czasu na przemyślenie bardzo wielu rzeczy podczas treningu. Ja akurat wstaję bardzo wcześnie, bo około piątej i mam dużo czasu, żeby poukładać sobie dzień, tydzień, pomyśleć nad rozwiązaniem jakichś problemów. Zyskujemy zdrowie, przede wszystkim to psychiczne. Szczególnie podczas tego dwuletniego lockdownu te wypady do lasu czy nad morze dawały mi dużo wypoczynku psychicznego.

aplikacja

Wyszukaj na stronie

Anuluj wyszukiwanie
Translate »